Dodane przez: w kategorii Opowiadania FavoriteLoadingDodaj do listy ulubionych

  • Facebook
  • Twitter
  • Google
  • Wykop
  • Gwar
  • email
  • RSS
  • PDF

Rozpoznać własną śmierć.

- Tu nie jest jeszcze aż tak stromo! – krzyknął Alek.
- Nie wydurniaj się!… Wracaj! – darł się rozpaczliwie Robert, usiłując powstrzymać kolegę.
Było już jednak za późno. Alek pospiesznie zsuwał się po zboczu, usiłując jak najszybciej dotrzeć do jedynego drzewa, które rosło niecałe dziesięć metrów od szczytu. Kompletnie nie czuł zagrożenia, chociaż niemal pionowa skarpa, zaczynająca się kilka zaledwie metrów dalej, mocno działała na wyobraźnie.
Ale to drzewo było przecież bardzo ważne, bo to ono właśnie stanowiło jedyne solidne zabezpieczenie dla liny, po której chcieli dotrzeć na dół skarpy. W miarę zbliżania się do drzewa Alek zwolnił nieco. Nachylenie zbocza było coraz większe a wystające z podłoża skały, które z góry wyglądały na solidne punkty oparcia, coraz częściej okazywały się po prostu zwykłymi kamieniami, dość płytko usadowionymi w ziemi.
– Cholera jasna – zaklął chłopak, usiłując nie naciskać za mocno na głaz, który obsuną się razem z nim kilkanaście centymetrów w dół.
Chyba tylko rozpaczliwa siła nacisku jego palców, chwilowo zamienionych w szpony, zatrzymała go w miejscu, nie pozwalając osunąć się w przepaść. Natychmiast dostrzegł po prawej stronie kamień, który wydawał się być solidniejszym oparciem dla jego dłoni. Z desperacją chwycił się go i zwiększył napięcie mięśni prawego przedramienia.
Wypuścił z wysiłkiem powietrze z płuc, usiłując rozejrzeć się ostrożnie wokół siebie. „Nie panikuj, kretynie!” – pomyślał lekceważąco, chcąc sam sobie dodać otuchy. Może te kamienie nie są aż tak stabilnym zabezpieczeniem, ale przecież nachylenie zbocza w tym miejscu nie jest aż tak znaczne, żeby spaść w tą przepaść.
Uśmiechnął się sam do siebie, usiłując nie myśleć o tym za dużo. To było bardzo naciągane pocieszanie. Wiedział dobrze, że wystarczyłoby stracić na jedną drobną chwilę oparcie dla nóg lub dłoni i nic nie byłoby już w stanie zatrzymać upadku. Mógł co najwyżej dziękować opatrzności za to, że kamień, który się pod nim obsunął, był zbyt duży, by dać się wypchnąć z ziemi pod jego ciężarem.
- Co dalej? – spytał półszeptem, rozglądając się dookoła.
Na wysokości jego kolana była wyżłobiona skałka, która znakomicie nadawała się, jako stabilny punkt podparcia. Z całą pewnością nie był to tylko niewielki kamień, bo odsłonięta w tym miejscu ziemia ukazywała potężne rozmiary wielkiego bloku skalnego.
Alek znowu odzyskał pewność siebie, chociaż coraz mniej rozumiał swoją własną decyzję zejścia tu bez liny. W końcu i tak Robert z Kaśką mu ją tu zrzucą, żeby mógł owiązać ją o drzewo. To już chyba była nie nonszalancja a po prostu głupota z jego strony, że po prostu nie zjechał tu bezpiecznie na linie. Gdyby nie Kaśka… Alek nie byłby aż tak odważny. Pewnie wtedy rozsądek by zwyciężył.
Przez moment poczuł przykre ukłucie w okolicach serca i ogarnęło go jakieś dziwne zdumienie. Czy tym nonszalanckim zejściem chciał… zaimponować własnej siostrze? Sam nie bardzo już wiedział, o co mu tak naprawdę chodziło.
Wyciągnął ostrożnie lewą rękę w stronę wypatrzonego punktu i chwycił pewnie za skałę, dając równocześnie odpocząć prawej dłoni.
- Jest OK! – wrzasnął w górę, w stronę Roberta.
- Kretynie zidiociały!!! – darł się kolega, nadal przerażony szybką i niezbyt mądrą decyzją Alka.
Drzewo, które było celem tej jego niezbyt roztropnej wyprawy, zostało wyraźnie po lewej stronie a wszystkie w miarę stabilne punkty podparcia „skręcały” nadal w prawo, usiłując zwabić potencjalnego śmiałka w przeciwnym kierunku. Alek nie mógł dać się w to wciągnąć.
Gdyby nie pośpiech, na pewno krzyknąłby do Roberta o linę, ale tak, jak na górze, powstrzymywała go niezbyt przyjemna wizja utrudnień, związanych z jej transportem po zboczu, tak teraz aż wzdrygał się na samą myśl o tym, ile czasu straci na ponowne wciągnięcie jej końca, by nim opleść drzewo. Nie mieli aż tyle czasu.
Prawdę mówiąc, nie mieli go w ogóle.
Alek nie myśląc za wiele, postawił stopę na nie wzbudzającym zbyt wielkiego zaufania kamieniu i nie sprawdzając za długo jego stabilności, uderzył prawą dłonią w prawie płaską skałkę. Koniuszki jego palców zacisnęły się na niewielkim skalnym załamaniu.
To był w końcu ruch we właściwą stronę, bo początkowo przyjęta taktyka zatrzymania się na drzewie, w razie utraty przyczepności do podłoża, mogła się nie sprawdzić przy obecnym położeniu śmiałka. Z tej pozycji, od biedy, będzie mógł jeszcze skoczyć w razie czego w lewo i złapać się drzewa, gdy tylko poczuje jakieś realne zagrożenie.
- Ups… – wydusi Alek z lekką trwogą.
Następny kamień, o który oparł nogę, natychmiast poszybował w dół. Chłopak w pośpiechu za bardzo mu zaufał i teraz musiał szybko znaleźć jakieś wyjście awaryjne.
Adrenalina, która zdążyła już opaść, nie podniosła się tak szybko, jak poprzednio. Alek wbił lewą stopę w ziemię i bez emocji obserwował, jak but obsuwa się wraz z ziemią, żeby zatrzymać się na kolejnym niepewnym kamieniu kilkanaście centymetrów niżej.
Dopiero teraz poczuł falę gorąca przepływającą po plecach. Chwilę zajęło mu postawienie sobie pytania, czy rzeczywiście znalazł oparcie, czy to tylko napięte do granic możliwości palce prawej dłoni utrzymują go na zboczu.
Decyzja, by to sprawdzić, nie należała tym razem do niego. Już po chwili poczuł, jak palce zsuwają mu się z krawędzi skałki. Pod tym kątem nie mógł się przecież za długo utrzymać.
Potworne przerażenie złapało go za szyję. Szok, jaki momentalnie poczuł, nie pozwolił mu analizować sytuacji. Fragmentarycznie pracująca jaźń, podsunęła mu tylko druzgocącą myśl, że nie ma już pod nim aż tak stabilnego punktu terenowego, który byłby w stanie go zatrzymać przed przepaścią. Drzewo, do którego zmierzał, było za bardzo z lewej. Gdyby mógł się świadomie sam odepchnąć od podłoża, może miałby jakieś szanse, by je złapać, ale on się zsuwał po prostej w dół i nie miał żadnej możliwości sterować swoim ruchem.
Nie było już po prostu dla niego ratunku. To, co zawsze wydawało się wręcz niemożliwe, teraz stawało się rzeczywistością. Nie tak to sobie zawsze wyobrażał. Ta chwila nie miała w ogóle swej doniosłości. To się po prostu działo, tak, jak wszystko inne w życiu.
„Tylko chwila strachu… żeby nie bolało…” – majaczyła jego sparaliżowana świadomość.
Chłopak nigdy nie przypuszczał, że tyle tysięcy myśli równocześnie może w tych ostatnich sekundach życia towarzyszyć umierającemu w jego ostatniej drodze. To w całym swoim znaczeniu wydawało się nawet na swój tragiczny sposób zabawne. To był przecież pierwszy raz w jego życiu, gdy… nie było już przed nim przyszłości.
Była teraźniejszość… zbyt straszna, żeby się nią teraz zajmować i… przeszłość. I nic więcej. Miał dwadzieścia lat, narzeczoną, z którą planował w niedalekiej przyszłości ślub… „Boże! – jęknął w duchu – Mariola tego nie zrozumie”.
- Alek!!! – Robert darł się z góry tak rozpaczliwie, że aż ciarki przeszywały.
Chłopak otworzył nieśmiało oczy. Zobaczył przed sobą skałę, po której powoli ściekała stróżka krwi. Z całą pewnością to była jego krew.
- To już? – spytał cicho.
Mógłby przysiąc, że rzeczywiście słyszy swój własny, drżący z przerażenia głos. Skoro nadal ma świadomość, to chyba wyraźny znak, że jednak jest jakieś życie pozagrobowe. Czy będzie dalej czuł tak… jakby miał jeszcze ciało? Przez chwilę zastanawiał się, jak to wszystko odczuwa się… po tej drugiej stronie.
Z ogromną niepewnością uniósł głowę. Tak przynajmniej chciał zrobić, mimo, że wiedział, iż fizycznie byłoby to już niemożliwe. „Chyba jednak duchy czują coś w rodzaju ciała” – pomyślał, próbując uświadomić sobie, co właściwie w tej chwili czuje. Był wyraźnie lżejszy, niż wówczas, gdy miał ciało fizyczne. Co do tego nie miał najmniejszej wątpliwości.
Na nosie poczuł ciepło. To była świeża stróżka… krwi. Do jego świadomości zaczął docierać ból palców obydwu dłoni. Odruchowo spojrzał w stronę lewej ręki. Jej palce były prawie zupełnie białe, wczepione z krańcową desperacją w skałę zbocza. Wstrzymał oddech, czując jednocześnie, jak jego znieczulony układ nerwowy ponownie rozpoczyna pracę.
Czoło miał do krwi starte o skały. Spadający człowiek w desperacji próbuje hamować wszystkim, by za wszelką cenę się uratować. To tylko instynkt, nie mający zbyt wiele wspólnego z logiką działań.
Powoli odzyskiwał czucie w nogach. To nie było przyjemne. O wiele lepiej mu było, jak ich nie czuł. Wtedy przynajmniej nie zdawał sobie sprawy z ich ciężaru.
Po chwili dotarła do niego straszna rzeczywistość. Nadal wczepiony był w strome zbocze. Tym razem w miejscu, z którego już ewidentnie nie było nawet cienia szansy na ratunek. Jakimś cudem udało mu się zatrzymać przed przepaścią, lecz… właściwie po co?
W tym miejscu, w którym z desperacją wczepił się w skałę, można się było warunkowo utrzymać, mając cztery naprawdę solidne punkty podparcia. Stabilność co najmniej trzech z czterech kamieni, o które się teraz opierał, pozostawiała bardzo dużo do życzenia.
- Lina – szepnął na lekkim wydechu, czując, jak kamień pod jego prawą nogą lekko się obsuwa.
Nie miał odwagi nawet oddychać, a co dopiero krzyknąć o pomoc. Z ogromną niepewnością zwiększył nacisk na lewą nogę, słysząc, jak grudki ziemi spod niej sypią się w dół przepaści.
- Lina! – jęknął niemal bezgłośnie, unosząc oczy w górę.
Jeszcze przed chwilą myślał, że śmierć to najgorsza rzecz, jaka się może mu przytrafić. Teraz zastanawiał się, dlaczego musi przez to przechodzić ponownie. Nawet przez myśl mu przeszło, żeby samemu puścić się skały i przyspieszyć to, co i tak jest już chyba nieuniknione.
„Mariola – pomyślał – Ona tego nie przeżyje”.
Musiał walczyć do końca. Jeśli pisana mu była śmierć na tym zboczu, niech po niego sama przyjdzie. Póki zależy jeszcze coś od niego, zrobi wszystko, co w jego mocy, by się nie poddać. Ma przecież dopiero dwadzieścia lat, dziewczynę, która kocha go nad życie. Nie może tak po prostu się poddać i ją zostawić. Tyle wspólnych planów snuli na przyszłość…
- Lina!!! – krzyknął dostatecznie głośno, by go Robert usłyszał.
To był prawdziwy wyczyn w momencie, gdy nawet głębszy oddech mógł zakończyć się utratą przyczepności. Po chwili niepewności zorientował się, że nadal balansuje na ścianie zbocza. Tym razem obyło się więc bez konsekwencji. Zacisnął po męsku zęby, usiłując zignorować krańcowe wyczerpanie białych od wysiłku palców, zaciśniętych na czymś, co w żadnym wypadku nie można było nazwać stabilnym punktem oparcia.
Metr obok niego przeleciała gruba alpinistyczna lina, z charakterystycznym świstem szybując w stronę skarpy. Odetchnął nieco odważniej. Więc Robert z Kaśką jednak go usłyszeli.
- Trochę w prawo! – krzyknął ostatkiem sił.
Chwilę zastanowił się, jakim cudem będzie w stanie chwycić tą linę, nie odrywając się od zbocza. Tą kwestię postanowiło za niego jednak rozwiązać samo życie. W momencie, gdy lina zbliżyła się do niego, kamień obsunął się pod jego butem.
Alek nie miał pojęcia, jakim cudem udało mu się złapać linę. Z przerażenia ocknął się, gdy poczuł nagłą ulgę w trzęsących się nogach. Po raz pierwszy od kilku minut mógł oprzeć całe stopy o pochyłość zbocza. Opleciona z tyłu, za jego plecami lina, odciążała w dużym stopniu zmęczone ręce, które – całe rozdygotane – przytrzymywały ją już bez zbytniego nakładu sił.
Nerwy zaczęły powoli puszczać. Chłopak poczuł, jak łzy płyną mu po policzkach. „Mariola” – szepnął, czując nagle potężne zmęczenie. Dopiero teraz zaczynał rozumieć, ile tak naprawdę kosztowała go ta walka. Musiał chwilę odpocząć, zanim ponownie był w stanie zrobić cokolwiek. Pełna władza w nogach wracała bardzo powoli.
Wiedział, że Robert coś do niego krzyczał, ale niewiele z tego docierało do jego świadomości. Gdy zobaczył go obok siebie na ścianie przepaści, poczuł, jakby kilka minut życia uciekło mu gdzieś niepostrzeżenie. Jak przez mgłę jego mocno znieczulona pamięć odtworzyła w skrócie ostatnie minuty, gdy ledwo żywy uwiązywał do drzewa liny, po których teraz schodzili w dół przepaści.
Ostatnie słowa Roberta dźwięczały mu w uszach, jak mantra: „Zapomniałeś, po co tu jesteś?!”
- Nie – odpowiedział, jak automat.
Skłamał. Był w tak ogromnym szoku, że nie potrafił sobie niczego przypomnieć. Byli na skarpie. On z Robertem na linach, dowiązanych do drzewa a po jego prawej stronie Kaśka – jego starsza siostra, opuszczająca się w przepaść z nimi na tej linie, którą pewnie wraz z Robertem zeszła w miejsce, z którego startowali. Ona była najlżejsza, więc ten wątły krzak na szczycie ją samą powinien bez trudu utrzymać. Ale czemu aż tak im się spieszyło i po co aż tak ryzykowali?
To wszystko nie było normalne. Kaśka coś mu długo tłumaczyła, zanim Robert do niego dotarł, ale nic kompletnie z tego nie pamiętał. To wszystko było ściśle związane z ich dziwacznym zadaniem, ale… na czym ono właściwie polegało?
- Co ja tu robię? – spytał chłopak z trwogą.
Jego świadomość działała w jakiś zupełnie odmienny sposób. Ledwo pamiętał ostatnie kilka minut. A co było przedtem? Biała plama w pamięci. Tak jakby jego historia dopiero teraz się zaczynała. Mętlik w głowie nie pozwalał na zebranie myśli. Chłopak działał jak automat, nie do końca świadomy swojej roli w wydarzeniach, w których brał czynny udział.
Robert z krańcowym skupieniem wymalowanym na twarzy opuszczał się coraz niżej. Na jego twarzy nie widać było żadnych emocji, tylko profesjonalizm w czystej postaci. Był z ich trójki najlepszy. Alek zagryzł wargę. Teraz wydawało mu się co najmniej dziwne, że odważył się samowolnie zsunąć po prawie pionowej skarpie do drzewa, o które miał zapleść linę. To nie było normalne zachowanie. Nie zdziwi się, gdy tam na dole dostanie po prostu w pysk od swojego starszego kolegi. W górach nie ma miejsca na takie kretyńskie popisówki.
Obrócił się w stronę siostry. Kaśka była bardzo blisko. Sunęła w dół skokami, sprawnie przesuwając linę między palcami dłoni. Dziewczyna miała takie specyficzne usposobienie, że nawet jak się nie uśmiechała, zawsze sprawiała wrażenie szczęśliwej i zadowolonej. Sama jej obecność zawsze dodawała mu otuchy. Ona taka już po prostu była.
Wiedział, że na dole Robert nie zostawi na nim suchej nitki za ten jego „wyczyn”. Kaśka i tym razem pewnie nie będzie się wtrącać. Nigdy tego nie robi. A potem uśmiechnie się ze zrozumieniem i beztrosko wzruszy ramionami. Od dziecka zawsze miał w niej pełne oparcie, bez względu na kaliber ekscesów, w jakie się pakował.
Teraz dziewczyna jednak wydawała się nieco inna. Czyżby po raz pierwszy widział strach i przerażenie w jej oczach? Wiedział, że tym razem stanowczo przesadził. To zejście bez asekuracji było czystą głupotą. Być może ostatnią w jego karierze. Ale Kasia zawsze i bez względu na wszystko była po jego stronie. Czyżby tym razem po raz pierwszy w życiu przekroczył granice jej psychicznej wytrzymałości?
- Przepraszam Kasiu… – szepnął nieśmiało – Nie chciałem, żeby to tak wyszło.
Dziewczyna pociągnęła nerwowo nosem i nawet nie spojrzała w jego stronę. Nigdy jeszcze nie było w ich życiu takiej sytuacji, kiedy z jakichkolwiek powodów, chociaż na chwilę obraziłaby się na niego. To było wręcz nie w jej stylu. Chyba mimo wszystko nie zdawał sobie jeszcze w pełni sprawy z kalibru swojego makabrycznego popisu.
Zacisnął zęby i po raz kolejny pomyślał o Marioli i o tym, jak potwornym ciosem dla niej byłaby jego śmierć. „Ty skończony idioto!” – zaklął w duchu. Powoli i do niego zaczynało docierać prawdziwe znaczenie jego nieodpowiedzialnego zachowania.
Ale dlaczego on to zrobił? Jaki był powód? To wszystko było przecież kompletnie bez sensu…
- Kasiu… – szepnął błagalnie, zwracając twarz w stronę siostry.
- Nie pędź tak! – rzuciła dziewczyna rzeczowo – Nie musisz się już tak spieszyć.
To było raczej do Roberta, nie do niego. Alek poczuł dotkliwe ukucie w okolicy serca. W głosie siostry nie było słychać złości ani żadnej urazy. A mimo to… chyba nie chciała nawet się do niego odezwać.
- Przepraszam Kasiu… – powtórzył nieco głośniej.
Dziewczyna spojrzała w jego stronę i… Alkowi serce zamarło. Ona nie patrzyła na niego, lecz… przez niego. Tak, jakby go w ogóle tutaj nie było.
- Kasia! – krzyknął, czując nagłe przerażenie.
- Jest OK. – huknął rzeczowo Robert, zauważając widocznie jej niespokojne spojrzenie – Uspokój się!
- Będzie dobrze! – odkrzyknęła dziewczyna, usiłując zmusić się do bladego uśmiechu.
- Mariola… – wyszeptał Alek czując, jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa.
Oni zachowywali się tak, jakby jego tu nie było. Chłopak poczuł, jak gigantyczny dreszcz unosi mu wszystkie włosy… A przynajmniej pamięć tego odczucia towarzyszy mu w momencie, w którym te wszystkie ułamki wspomnień zaczynały układać się w jedną logiczną, acz makabryczną całość.
On jednak spadł w tą przepaść!
To stąd ta fragmentaryczna świadomość, która nie pozwala sięgnąć pamięcią dalej, niż na kilka minut wstecz. Stąd ta „biała plama” w chronologii zdarzeń…
- Kasiu… Ja tu jestem… kochana siostrzyczko… – zaczął roztrzęsionym głosem.
Nie miał pojęcia, co powiedzieć. To wszystko było tak okrutne i nieodwracalne. Stało się coś strasznego i nie można już tego naprawić, mimo, że rzeczywistość w takim wydaniu była wręcz nie do zaakceptowania.
Alek z trudem otworzył roztrzęsione usta. Łzy na moment zasłoniły mu widok.
- Powiedz Marioli… – zaczął, nie bardzo wiedząc, po co w ogóle się odzywa.
Nikt go przecież już nie usłyszy.
Nogi się pod nim ugięły. Dotarli do szerokiej półki skalnej, która była na wysokości połowy zbocza. Łzy potoczyły się po policzkach. Kątem oka zauważył, że Robert również stanął twardo na nogach. Natychmiast zaczął poprawiać uprząż, rzucając przelotne spojrzenie w ich stronę.
Alek doskonale znał ten jego zwyczaj. Niby mężczyzna im ufał, ale zawsze czuli te jego ojcowskie, z pozoru niedbałe spojrzenie, którym Robert oceniał, czy wszystko jest naprawdę w porządku.
Teraz jednak już nic nie było w porządku. Chłopak przeniósł spojrzenie na siostrę, która także „wylądowała” na skalnej półce.
Z bólem patrzył, jak dziewczyna poprawia krótkie, sportowe rękawiczki. Po chwili odruchowo odsunął się, widząc, że chyba chce przejść w stronę Roberta. Nie miał pojęcia, jak to by było w praktyce. Może po prostu przeszłaby przez niego, jak przez powietrze…
Po raz kolejny poczuł mrowienie na plecach. Ona zatrzymała się tuż przy nim. Popatrzyła mu prosto w oczy.
- Widzisz mnie? – wydusił z niedowierzaniem.
Kasia uśmiechnęła się przyjaźnie… nie tak, jak zwykle. Zrobiła to z jakimś dziwnym smutkiem i nostalgią.
- Braciszku… – wyszeptała z czułością – …pamiętaj, że zawsze będę cię kochać.
Alek wstrzymał oddech. Dreszcz przeszedł mu z pleców aż na czubek głowy.
- Kasiu… skarbie… – szepnął.
- …i zawsze już będę przy tobie – dodała a po policzku popłynęła jej łza.
Chłopak poczuł gwałtowny ucisk na swojej szczęce. To była szorstka, męska dłoń Roberta.
- Wiedziałeś po co tak naprawdę tu schodzimy! – krzyknął mężczyzna, z trudem opanowując swoje zszarpane nerwy – Dla mnie ona też była jak siostra!
Alek wyrwał mu się i z wahaniem spojrzał w dół. Znowu świadomość zaczynała mu wyraźnie szwankować. Ale mimo wszystko podświadomie wiedział, co zobaczy.
- Boże… – jęknął, spoglądając z bólem w nieruchome, martwe oczy Kasi, leżącej u ich stóp.
„To tylko jej ciało” – usłyszał swój własny głos wewnętrzny, który próbował po raz kolejny przetłumaczyć mu to wszystko. Spojrzał jeszcze raz w stronę skarpy, przy której chwilę wcześniej widział ją taką, jaka zostanie w jego pamięci już na zawsze. Jego oddech zaczął się uspokajać. Uśmiechnął się do siostry po raz ostatni.
- Jest dobrze, braciszku – szepnęła Kaśka beztrosko – Kiedyś przecież wszyscy się tu spotkamy.
- Tak będzie najdroższa siostrzyczko – wyszeptał Alek i spojrzał na Roberta już nieco bardziej przytomnym wzrokiem.
- Musimy robić swoje! – wycedził mężczyzna, chwytając go silnie za przedramiona.
- Tak. Ona właśnie tego by chciała – odparł Alek, zaciskając zęby.

~ gigabajt
VN:F [1.9.10_1130]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)




Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

*